Trzy scenariusze dla Białorusi.

Od blisko trzech tygodni Białoruś pozostaje w stanie politycznego rozdygotania. Nie ustają protesty społeczne po sfałszowanych wyborach prezydenckich, których skala –od czasu uzyskania przez ten kraj niepodległości – jest największa. Dotychczasowy prezydent Aleksandr Łukaszenka odrzuca możliwość dialogu z opozycją, strasząc ponownym użyciem siły wobec protestujących.

Wszyscy obserwatorzy, lecz również uczestnicy, wydarzeń na Białorusi z ostatnich niemal trzech tygodni wydają się być zaskoczeni skalą powyborczych protestów. Ewidentnie mamy do czynienia z największym przebudzeniem mentalnym białoruskiego społeczeństwa, które po raz pierwszy od 26 lat, od kiedy do władzy doszedł Aleksandr Łukaszenka, w tak masowy sposób sprzeciwia się jego dalszym rządom. Pomimo ogromnej skali represji, które zastosowało kierownictwo państwa, Białorusini nie dają się złamać. W ostatnie dwie niedziele masowo wylegli na ulice Mińska (szacuje się, że w szczytowych momentach demonstracji było ich ok. 200-300 tys.), jak również innych miast, pokojowo wyrażając swój sprzeciw wobec fałszerstwa wyborczego. Po początkowej próbie zdławienia protestów przy użyciu sił milicyjnych OMON-u oraz wojsk wewnętrznych, władze zmieniły taktykę, pozwalając na demonstracje. Podyktowane jest to najpewniej świadomością nieskuteczności siłowego rozwiązania problemu. Władze atakują w sposób punktowy, nękając demonstrujących, strajkujących w licznych państwowych zakładach gospodarczych, robotników i liderów opozycji skupionych w Radzie Koordynacyjnej, powołanej do prowadzenia dialogu z rządzącymi. Jednak obecny stan rzeczy nie może utrzymywać się w nieskończoność. Łukaszenka z pewnością liczy na zmęczenie demonstrantów i stopniowe wyciszanie się protestów. Natomiast druga strona ma nadzieję, że długotrwały i zdecydowany sprzeciw doprowadzi, koniec końców, do ustąpienia prezydenta. Warto zatem przyjrzeć się możliwym scenariuszom rozwoju sytuacji.

Pierwszy scenariusz, najkorzystniejszy z punktu widzenia obecnej władzy, zakłada utrzymanie się u sterów państwa Łukaszenki. W takim wariancie społeczeństwo zostanie poddane dalszemu zastraszeniu. Liderzy opozycji zostaną aresztowani i skazani, tak samo jak przywódcy strajków, a wszelkie przejawy niezadowolenia społecznego w postaci demonstracji będą każdorazowo pacyfikowane przy użyciu siły, aż do momentu, w którym żaden Białorusin nie odważy się wyjść na ulicę i protestować. Nie można wykluczyć w tym scenariuszu zaangażowania Rosji. Może ono mieć charakter propagandowy (to już się dzieje, w białoruskiej telewizji państwowej pracują rosyjscy spece od propagandy) i militarny (prezydent Władimir Putin ogłosił utworzenie na prośbę Łukaszenki rezerwowych sił policyjnych w Rosji, gotowych do interwencji na Białorusi). Jednak wsparcie Putina dla Łukaszenki będzie miało najpewniej bardzo wysoką cenę w postaci pełnej wasalizacji Mińska wobec Moskwy. W gruncie rzeczy dla Putina taki scenariusz byłby najkorzystniejszy. Oznaczałby, przy spodziewanych sankcjach Zachodu względem Białorusi, pełną zależność Łukaszenki od Kremla, który stałby się jedynym gwarantem jego władzy przy zdecydowanej niechęci białoruskiego społeczeństwa. Mińsk nie mógłby już liczyć na korzystne kredyty, ani na tanią ropę i gaz, które przez wiele lat zapewniały względny sukces białoruskiej gospodarki.

Drugi scenariusz zakłada obalenie Łukaszenki przy współudziale białoruskiej nomenklatury i władz rosyjskich. W nieodległym czasie mogą oni zdać sobie sprawę, że wspieranie tracącego coraz mocniej kontakt z rzeczywistością „zużytego” dyktatora doprowadzi w końcu do jego krwawego obalenia i dojścia do władzy sił opozycyjnych, które naruszą ich interesy. Według tej koncepcji na czele państwa stanąłby przedstawiciel nomenklatury. Możliwe, że do udziału we władzy dokooptowana zostałaby część opozycji, która nie będzie domagała się rozliczenia Łukaszenki i jego ludzi oraz będzie akceptowała rosyjskie wpływy na Białorusi. Sam dotychczasowy prezydent otrzymałby gwarancje bezpieczeństwa i mógłby udać się na emigrację do Rosji. Nowe władze mogłyby zgodzić się na powtórzenie wyborów prezydenckich i zrobić wszystko, aby nową głową państwa został człowiek o prorosyjskich przekonaniach, który pozwoliłby na większą wolność polityczną i poszanowanie praw człowieka na Białorusi, jednak przy zachowaniu wpływów dotychczasowej nomenklatury.

Trzeci scenariusz, najbardziej optymistyczny z punktu widzenia opozycji i przeważającej części białoruskiego społeczeństwa, polegałby na odejściu Aleksandra Łukaszenki i uznaniu za nową prezydent Swiatłany Cichanouskiej. Odejście to może dokonać się na drodze pokojowej (mało realny wariant zważywszy na upór samego Łukaszenki), bądź krwawej (kolejna fala pacyfikacji skutkować będzie jeszcze większym wzburzeniem Białorusinów i siłowym obaleniem dyktatora). Zgodnie z deklaracjami samej Cichanouskiej za pół roku odbędą się wybory prezydenckie, w których będą mogli wziąć udział niedopuszczeni przez reżim kandydaci: Siarhiej Cichanouski, Wiktar Babaryka oraz Waleryj Cepkała i najpewniej przedstawiciel dotychczasowej elity rządzącej. Moskwa i obecna nomenklatura zrobią wszystko, aby nowym prezydentem został kandydat, który w największym stopniu będzie uwzględniał ich interesy. Teraz wydaje się, że taką osobą byłby Wiktar Babaryka, który przez dwadzieścia lat zarządzał Belgasprombankiem. Cichanouska w czasie swojego wystąpienia, za pośrednictwem telekonferencji z Wilna, gdzie przebywa od blisko trzech tygodni, przed komisją spraw zagranicznych Parlamentu Europejskiego zapewniała, że pokojowa rewolucja mająca miejsce na Białorusi nie ma charakteru ani proeuropejskiego, ani antyeuropejskiego, nie jest też prorosyjska, ani antyrosyjska. Deklaracja taka pokazuje, że głównym celem opozycji i Białorusinów jest demokratyzacja państwa, a nie reorientacja polityki zagranicznej. Znacząca część białoruskiego społeczeństwa pozytywnie odnosi się do Rosjan i chce, aby nowa Białoruś miała poprawne stosunki zarówno z Zachodem, jak i ze Wschodem.

Losy pokojowej rewolucji na Białorusi są nadal niepewne. Wielu komentatorów i ekspertów wskazuje, że przedłużające się protesty działają na niekorzyść opozycji i że prędzej czy później wygasną. Jednak warto w tym kontekście przywołać czas trwania zwycięskich rewolucji, które w ostatnich dwóch dekadach miały miejsce w innych byłych republikach radzieckich: rewolucja róż w Gruzji – 23 dni, rewolucja pomarańczowa i godności na Ukrainie (odpowiednio dwa i trzy miesiące) oraz aksamitna rewolucja w Armenii – ponad dwa miesiące. Trudno przewidzieć, kiedy nastąpi przesilenie na Białorusi i komu zabraknie determinacji – opozycji czy Łukaszence – w walce o swoje interesy.

Zdjęcie: Wojciech Wojtasiewicz

Wojciech Wojtasiewicz

Autor: Wojciech Wojtasiewicz

dziennikarz dwumiesięcznika „Nowa Europa Wschodnia” piszący o Europie Wschodniej; publikował w: Polityce, Newsweeku, Tygodniku Powszechnym, Dzienniku Gazecie Prawnej, New Eastern Europe, Open Democracy, Krytyce Politycznej, HolisticNews, Międzynarodowym Przeglądzie Politycznym, Onet.pl, Interia.pl, Queer.pl; komentator TVN24 i TOK FM.

Zobacz wszystkie wpisy od Wojciech Wojtasiewicz → Zobacz całą redakcję portalu →

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *